Bożena Dołęgowska - Wysocka
"GAZETA UBEZPIECZENIOWA"
nr 48/2003

LUDZKIE OBLICZE UBEZPIECZEŃ

Jesteśmy świadkami ogromnego zamieszania na rynku

Rozmowa z Bogusławem Skuzą, prezesem Zarządu Skandii Życie SA

Panie Prezesie, słyszałam, że jest Pan człowiekiem odważnym, ba - ryzykantem; przejechał Pan samochodem pół Ameryki Północnej, mając za pasażerów żonę z dwójką małych dzieci. Czy to prawda?

Prawda, ale nie sądzę, żeby to był dobry przykład na moją odwagę.

To proszę podać lepszy.

Owszem, podam, ale najpierw pozwoli Pani, że wyjaśnię, o co mi chodzi. Jazda z żoną i dziećmi po drogach USA, z ich doskonałą bazą hotelową, nie była dowodem odwagi, lecz mojej ciekawości świata. Pod koniec lat 80. byłem dość świeżym przybyszem z Polski, czyli całkiem innego świata. Jako przedstawiciel Warty miałem tam ciekawą pracę, ustabilizowaną pozycję życiową, rodzinną. Mogłem spokojnie patrzeć w przyszłość.

I?...

I pewnego razu otrzymałem propozycję od renomowanej, światowej firmy brokerskiej, aby wrócić do Polski i rozbudować ich struktury. To właśnie ta decyzja powrotu dowodzi mojej odwagi, nie zawaham się tak powiedzieć.

Panie Prezesie, w odróżnieniu od paru osób na Zachodzie przecież Pan nie miał obaw, że spotka białego niedźwiedzia na środku ulicy Marszałkowskiej...

Zostawmy może niedźwiedzie. Rozumiem, że miał być to rodzaj żartu?

Raczej próba rozluźnienia naszej rozmowy i wprawienia Pana w lepszy nastrój.

Nastrój mam odpowiedni, a teraz wracam do... powrotu. Wyjechałem do USA w połowie lat 80. jako stosunkowo młody człowiek, przed trzydziestką. Miałem wrócić w 1992 r., czyli do zupełnie innej Polski! Zmienił się ustrój państwa, a nawet jego nazwa. Takiej Polski nie znałem. Warszawa była dla mnie obcym miastem. Przyznam się Pani, że jeszcze dwa lata później, gdybym mojej rodzinie rzucił hasło: wracamy do Stanów, to w ciągu paru godzin znaleźlibyśmy się wszyscy na Okęciu.

Było aż tak źle?

Czasami było. Zwłaszcza dla moich dzieci, że o żonie nie wspomnę. Dopiero wędrując z nimi po sklepach, zdałem sobie na przykład sprawę, jak nieprzyjazne były one wówczas małym klientom! No i nie było żadnego McDonalds'a.

Rozumiem, że doszliśmy już do Pana spraw zawodowych. Tu było chyba zdecydowanie lepiej?

Nie rozmawialibyśmy w tej chwili, gdyby było inaczej. To było dla mnie wielkie wyzwanie. Światowa firma brokerska Marsh mnie potrzebuje w Polsce! Nie powiem, żebym nie czuł się dumny.

Ale Pan nie był pierwszy?

Nie. I w tym tkwił pewien problem.

Czyli był Pan takim spadochroniarzem z Ameryki tak dla swoich partnerów w Polsce, jak i swego szefa na Europę?

Jeśli tak Pani chce to określić... Musiałem szybko wejść w niewielkie, ale istniejące już struktury firmy, zmniejszyć dystans psychologiczny i zrobić wiele innych rzeczy.

Udało się?

Udało.

Jakie najważniejsze cechy Pana charakteru w tym pomogły?

Myślę, że moja otwartość. Poza tym nie mam w sobie cech dyktatora. Owszem, lubię podejmować decyzję, ale nie uważam, że zawsze i wszystko wiem najlepiej. W miarę szybko potrafię znaleźć z ludźmi wspólny język i nakłonić ich do wspólnej pracy. Z Marsha odchodziłem w 1998 r., czyli po siedmiu latach pracy. Odchodziłem z dumą. Pozostawiłem w tej firmie kawał siebie i kawał dobrej roboty. Zaczęliśmy we trzech, kończyliśmy w grupie ponad sześćdziesięcioosobowej. Marsh został największą firmą brokerską w Polsce, z dobrym portfelem klientów, tak krajowych, jak i zagranicznych. Myślę, że relacje międzyludzkie też były niezłe.

Ale Pan odszedł. Kolejne wyzwanie zawodowe?

Właściwie przypadek, to znaczy przypadkowy telefon od kolegi, który chciał mnie poznać - jak mówił - z pewnymi osobami z Włoch. Myślałem, że będzie to zwykła rozmowa towarzyska, więc zaprosiłem na nią także mojego przyjaciela, członka zarządu Marsha.

A nie była?

Jak się okazało, nie tylko. Przypomnę, że rok 1998 był wówczas w Polsce szczytowym rokiem sprzedaży samochodów. Fiat chciał to połączyć z ubezpieczeniami i powołać swoje towarzystwo majątkowe. - Świetny pomysł - powiedziałem dość entuzjastycznie, ale na tym się skończyło. Za jakąś godzinę zadzwonił ten kolega i mówi do mnie: - Słuchaj, oni chcieli ci zaproponować z miejsca stanowisko prezesa tego towarzystwa, ale przyszedłeś z osobą towarzyszącą, więc nie wypadało.

Zaczął więc Pan tworzyć dla Fiata towarzystwo ubezpieczeń majątkowych, mimo że w Marshu miał Pan jak u Pana Boga za piecem.

Tak było. W Marshu były już ustabilizowane struktury. Miałem także swoją pozycję wśród jej międzynarodowego managementu. Mógłbym tam chyba w spokoju ducha dożyć emerytury, ale skusiło mnie znowu coś nowego, innego. Pojechałem do Turynu, obejrzałem tam świetnie zorganizowaną firmę na bazie Fiata i wszystkich jego relacji. W 30 osób robili znakomity wynik! Chciałem zmierzyć się z tym nowym dla mnie wyzwaniem. Zostałem prezesem tego nowego towarzystwa, ale po doświadczeniach z Amerykanami jedna rzecz bolała.

I to ona zadecydowała, że rozmawiam z Panem jako prezesem Skandii Życie, a nie Fiata?...

Generalnie - tak. U nowego pracodawcy było bardzo trudno z podjęciem zdecydowanych decyzji. Ten proces rozciągał się w czasie, jedno spotkanie było tylko przygotowaniem, preludium do następnego. Dotyczyło to także spraw personalnych. Kamyczkiem, który przeważył szalę...

...Na nie?

Na nie - była właśnie konkretna sprawa personalna. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły. Powiedziałem sobie: nie, to nie dla mnie! Nie może być tak, że biorę pieniądze i siedzę, a siedzę, bo nie pozwala mi się podejmować odpowiedzialnych decyzji, gdyż z każdą we Włoszech trzeba się przebijać tygodniami.

Wtedy otrzymał Pan propozycję od Skandii, towarzystwa życiowego, a Pan 20 lat swego dorosłego życia zajmował się ubezpieczeniami majątkowymi.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie gryzły mnie myśli w rodzaju: przecież ja się na życiówce nie znam...

Wyjątkowo dobrze mogę odtworzyć stan Pana ducha w tamtym okresie. Chyba czułam się podobnie, gdy prezes INFOR-u zaproponował mi robienie gazety ubezpieczeniowej 5 lat temu... - Przecież ja się nie znam na ubezpieczeniach - mówiłam. - To się poznasz - odpowiedział ze spokojem prezes Pieńkowski i sam Pan widzi, spotykamy się dziś i rozmawiamy ze sobą: Pan jako prezes Skandii Życie, ja jako redaktor naczelna "Gazety Ubezpieczeniowej"...

U mnie to trwało trochę dłużej. Miałem rozmowy z przedstawicielami firmy ze Szwecji, pojechałem do Stanów Zjednoczonych, żeby zapoznać się z ich wzorcowym wówczas oddziałem. Tam poznałem człowieka, który wywarł na mnie ogromne wrażenie, Jan Carendi, guru ubezpieczeń Skandii, odpowiadającego za tzw. "nowe rynki", który w znacznej mierze przyczynił się do sukcesu towarzystwa. Powiem uczciwie, że ten człowiek potrafi zrobić piorunujące wrażenie. Gdy siedzi się z nim i go słucha, to można zamknąć oczy i pójść w ogień, taką ma charyzmę, taką zdolność przekonywania.

Czy takie, Pana zdaniem, właściwości powinien mieć prezes dużej firmy?

Tak. Oprócz rzetelnej wiedzy i doświadczenia w zarządzaniu powinien mieć przede wszystkim umiejętności społeczne, tworzenia takiej atmosfery, że ludzie chcą po prostu przychodzić do pracy.

Przeczytałam, że w ubiegłym roku Skandia otrzymała wyróżnienie dla najlepszego pracodawcy. Według Magazynu Fortune, znaleźliśmy się w gronie najlepszych dziesięciu pracodawców europejskich. Czy człowiek, o którym Pan przed chwilą wspomniał - Jan Carendi - przyczynił się do tego sukcesu?

W dużej mierze tak. Bardzo zmotywował nas, odpowiadających w naszych krajach za rozwój firmy, do szukania nowych wyzwań, nieoglądania się za siebie. - Nie bójcie się szukać, przekonywał. Jest o'key, nawet gdy ktoś się pomyli. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi - to jego filozofia. Spotykaliśmy się w Sztokholmie co jakiś czas. Dyskutowaliśmy, oczywiście, o naszych sprawozdaniach, a w nich o dziesiątkach liczb. On potrafi wstać i przerwać. - Stop - mówi. Nie mówmy o liczbach. Mówmy o tym, co będziemy wspólnie robili za lat pięć i dziesięć. Miał do nas zaufanie i wierzył w nas po prostu. Ta atmosfera bardzo mi odpowiada, tworzy specyficzny klimat naszej firmy.

Mówimy w dużej mierze o przeszłości. Coś się jednak i w Skandii zmieniło po 11 września. Niecały rok temu rozmawiałam z Pana zastępcą, Stanisławem Boczkowskim, który analizował przyczyny sprzedaży Skandii w Stanach Zjednoczonych i zmiany w strategii firmy.

Tak, po 11 września zmieniła się i zmienia nadal cała nasza branża. Dzisiaj rynek ubezpieczeniowy wygląda inaczej na całym świecie. Wielkie, renomowane firmy światowe i europejskie miały kłopoty i to nieraz duże. Najbliższych nam przykład - Zurich, który musiał wyjść z Polski, aby uregulować swe należności w innych częściach świata. Ucierpiała także Skandia. Musiały zmienić się akcenty. Liczby stały się ważne.

A przebieg informacji?

W naszej firmie wypracowano bardzo skuteczny system komunikacji. Spotykamy się obecnie jako europejski management co dwa miesiące w innym kraju (w międzyczasie urządzamy telekonferencje). Niedawno była to Polska, w grudniu wszyscy jedziemy do Mediolanu. Wymieniamy się swymi doświadczeniami i poznajemy bliżej. To stanie się dla nas, polskiej Skandii, jeszcze bardziej ważne, gdy po 1 maja przyszłego roku przystąpimy do Unii Europejskiej.

Jaki był najważniejszy temat ostatnich takich rozmów?

Nie będę ukrywał. Wszystkich nas niepokoi sytuacja Skandii w samej Szwecji.

A konkretnie?

11 września rozpoczął trend spadkowy akcji towarzystwa. Trudno w tej sytuacji, aby udziałowcy czuli się usatysfakcjonowani. Prasa szwedzka też dokłada swoje.

Jak się to odbija na Pana sytuacji w polskiej części Skandii?

Na szczęście nie odbija się bezpośrednio. Pracujemy, robimy swoje...

Ostatnio, na przykład, znacznie obniżyliście koszty.

Owszem, znacznie. Obecnie bardzo ważnym dla mnie zagadnieniem w działalności firmy są nowe uregulowania prawne, które pociągną za sobą znaczne wydatki. U nas rzędu 500-700 tys. zł! Z marszu weszliśmy w fazę dostosowawczą, lecz - przykro to powiedzieć - nieraz nie bardzo dobrze wiemy, do czego mamy się dostosować, bo pakiety rozporządzeń wykonawczych są z towarzystwami konsultowane zbyt późno. Powtarzam jedno, wszystkie regulacje są oczywiście ważne dla rynku, ale - po pierwsze - ten rynek musi być, musi istnieć! Bo jeśli nas nie będzie, to czym będą dyrygować te wszystkie urzędy?

Eeeeeee, tu Pan przesadził, Panie Prezesie.

Przesadziłem? W ostatnich latach z Polski zniknęło 11 zakładów ubezpieczeniowych, ubyło 15% całego rynku. To nie jest mało, bo nasz rynek w ogóle jest mały! A co będzie dalej? Wcale nie jest powiedziane, że to już koniec tego procesu. Jesteśmy świadkami ogromnego zamieszania na rynku. Zadam może retoryczne pytanie: jak przez to wszystko przejść suchą nogą?

To jest temat na odrębną rozmowę, do której niewątpliwie wrócimy. Na razie dziękuję.

Bożena M. Dołęgowska-Wysocka

* * *