Łukasz Świerżewski "PULS BIZNESU" listopad 2002
WRAK W LEASINGU
Koszt ubezpieczenia floty pojazdów zależy od szkodowości i wcale nie jest regułą,
że firmy płacą taniej od klientów indywidualnych.
Dla towarzystw ubezpieczeniowych flota to minimum dziesięć pojazdów. Czasami można się
spotkać z określeniem miniflota, które dotyczy firm korzystających z 5-10 samochodów.
W takiej sytuacji nie można jednak liczyć na specjalne traktowanie, a co najwyżej na
zniżkę w taryfie.
Różnie z ceną
Jeżeli firma posiada co najmniej kilkanaście pojazdów, to jej współpraca z towarzystwem
ubezpieczeniowym opiera się na indywidualnie wynegocjowanych zasadach - bezpośrednio
między przedsiębiorstwem a oddziałem towarzystwa, lub za pośrednictwem brokera.
Właściciel floty musi najpierw określić zakres ubezpieczenia. Większość decyduje się na
objęcie pojazdów nie tylko obowiązkowym ubezpieczeniem, ale także autocasco, a nawet
ubezpieczeniem następstw nieszczęśliwych wypadków. Potem następuje wybór ubezpieczyciela.
- Warunki cenowe negocjowane są w oparciu o historie szkodowości klienta. Klient może
jednak uzyskać zniżkę, jeżeli zdecyduje się np. na wprowadzenie programu motywującego
kierowców do bezszkodowej jazdy - twierdzi Wojciech Kamiński, broker ubezpieczeniowy.
Mniejsze zniżki daje natomiast dodatkowe zabezpieczanie pojazdów przed kradzieżą,
ponieważ koszt tego ryzyka stanowi stosunkowo niewielki procent ceny polisy.
- W praktyce może się zdarzyć, że firma, mająca bardzo wysoką szkodowość, będzie
płaciła składkę wyższą, niż by to wynikało z taryfy. Dotyczy to zwłaszcza regionów
pozawarszawskich, gdzie taryfy są stosunkowo niskie - twierdzi Wojciech Kamiński.
Giganci decydują
Nieco inaczej wygląda sytuacja przy flotach, liczących kilkadziesiąt, a nawet kilkaset
pojazdów. Strategia ubezpieczeniowa staje się wtedy ważnym elementem polityki finansowo -
podatkowej właściciela floty. W przypadku dużych przedsiębiorstw trzeba sobie bowiem
zadać pytanie, jaką część ryzyka warto wziąć na siebie, jaką zaś przekazać
ubezpieczycielowi.
Z rachunku ekonomicznego może bowiem wynikać, że nie warto wykupywać ubezpieczenia
autocasco, ponieważ koszt składki będzie większy od kosztu ryzyka, rozproszonego pomiędzy
kilkaset, lub nawet ponad tysiąc pojazdów. Zdarza się wtedy, że firma decyduje się np. na
bardzo rozbudowaną franszyzę redukcyjną, dzięki czemu większość szkód pokrywa sama, a
ubezpieczenie obejmuje w praktyce tylko zniszczenie całkowite pojazdu, lub kradzież.
W przypadku bardzo dużych flot możliwe jest na przykład wynegocjowanie udziału w zysku
ubezpieczyciela, pod warunkiem osiągnięcia dużo niższej, od zakładanej, szkodowości -
twierdzi Wojciech Kamiński.
Po ustaleniu wszystkich warunków spółka podpisuje z towarzystwem umowę generalną.
Ponadto każdy pojazd musi mieć indywidualną polisę. Płatność składki rozłożona jest
zwykle na raty, tym bardziej, że wartość umowy zmienia się wraz ze zmianami liczebności
floty.
Kłopotliwy leasing
Znacznie więcej kłopotów czeka przedsiębiorców użytkujących auta w leasingu. W takiej
sytuacji leasingodawca sam chce opłacać składkę argumentując, że tylko wtedy ma pewność,
że należące do niego auto jest ubezpieczone.
- Jeżeli przedsiębiorca, biorący auta w leasingu, ma małą flotę, może mu się opłacać
ubezpieczanie na zasadach określonych przez leasingodawcę. Ten dysponuje bowiem bardzo
licznym taborem i ma korzystne umowy z towarzystwem ubezpieczeniowym - twierdzi Wojciech
Kamiński.
W takiej sytuacji możliwe są dwie formy rozliczeń. Rzadka, ale wygodna dla klienta to
taka, gdy leasingodawca sam płaci (doliczając to jako stały koszt do rat leasingowych),
a szkodowość nie ma wpływu na wysokość rat. Jest to jednak mało wygodne dla firmy
leasingowej, bo nie motywuje klientów do bezszkodowej jazdy. Częściej stosowaną metodą
jest ubezpieczanie aut przez leasingobiorcę, ale faktury z tytułu składki pokrywa klient,
niezależnie od raty. Wtedy ubezpieczenie jest szacowane indywidualnie i składka rośnie,
gdy klient powoduje szkody.
- Część przedsiębiorstw, posiadających dużą flotę, umawia się z leasingodawcą,
że pojazdy będą ubezpieczanie w ramach umowy generalnej leasingobiorcy. Ma to miejsce
zwłaszcza wtedy, gdy ma on wynegocjowane z towarzystwem korzystne warunki indywidualne -
twierdzi Wojciech Kamiński.
Przedsiębiorca posiadający już flotę i kupujący pojazdy w leasingu może więc mieć do
czynienia z trzema różnymi stawkami, w tym samym towarzystwie. Inna będzie w przypadku
pakietu, posiadanego przez leasingodawcę, inna w przypadku pakietu dealerskiego i jeszcze
inna, wynikająca z jego własnej umowy generalnej z towarzystwem.
Trudna likwidacja
Najwięcej kłopotów czeka użytkownika leasingowanego auta w momencie szkody. Pół biedy,
jeżeli jest to szkoda częściowa, czyli auto nadaje się do naprawy. Trzeba wówczas
powiadomić leasingodawcę, a z towarzystwem załatwiać sprawę samemu. Leasingodawca
przekazuje tylko leasingobiorcy upoważnienie ( jeżeli to on ubezpiecza) do odbioru
odszkodowania, wcześniej sprawdziwszy oczywiście, czy nie było zaległości w ratach.
Poszkodowany ma teoretycznie obowiązek naprawy szkody, choć leasingodawcy nie zawsze to
sprawdzają.
Gorzej jednak, gdy nastąpi szkoda całkowita, czyli ubezpieczyciel uzna, że auto nie
nadaje się do naprawy. Dzieje się tak zwykle, gdy wartość odszkodowania przekracza 70%
sumy ubezpieczenia, czyli wartości samochodu. Zasady postępowania w takim przypadku
reguluje umowa leasingu.
W praktyce oznacza to, że leasingodawca pobiera całość odszkodowania. Nie pokrywa ono
jednak zwykle jego roszczeń. Klient pozostaje więc z wrakiem i resztą rat do spłacenia.
* * *
Łukasz Świerżewski "PULS BIZNESU" listopad 2002

|