
SZANSA W III FILARZE
"GAZETA UBEZPIECZENIOWA" 27 września 2000
Rozmowa z Andrzejem Wojtyńskim, prezesem Gerling Polska Życie S.A.
SZANSA W III FILARZE
Bożena M. Dołęgowska-Wysocka: Panie Prezesie, rozpocznijmy naszą rozmowę od spraw osobistych. Jak Pan trafił do ubezpieczeń?
Andrzej Wojtyński: To już dawne dzieje. Tak jak w wielu sytuacjach zadecydował przypadek. Skończyłem właśnie studia i wszystko wskazywało na to, że będę w liceum uczył języka francuskiego. Pewnego dnia na ulicy spotkałem znajomego, który był wiceprezesem Warty. Po krótkiej rozmowie zaproponował mi staż w swoim towarzystwie ubezpieczeniowym. Dlaczego nie? - pomyślałem. Kilka miesięcy można poświęcić na zdobycie nowych umiejętności. Moja "przygoda" z Wartą skończyła się po dwudziestu latach. Nie mogę powiedzieć, że szybko awansowałem, bowiem w tamtej epoce awans wiązał się
z pewnymi wymaganiami. Ja ich nie spełniałem.
Co spowodowało, że po dwudziestu latach zdecydował się Pan odejść z Warty?
Pewna beznadzieja i stagnacja, która panowała w Polsce w latach 1987-1988. Mało kto wówczas przypuszczał, że już wkrótce nastąpi przełom. Właśnie wówczas zająłem się organizowaniem firmy, która nie miała jeszcze brokerskiej licencji, ale wtedy takie pojęcie po prostu nie istniało. Natomiast była to rzeczywiście pierwsza w Polsce prywatna firma brokerska. Na jej założenie wyraziły zgodę trzy instytucje: Ministerstwo Finansów, Warta i PZU. Wszystkie one uznały, że jest to inicjatywa cenna i potrzebna.
Potem nadszedł rok 1989...
- ...i w Ministerstwie Finansów na gwałt poszukiwano specjalistów znających się na ubezpieczeniach, szykowano bowiem projekty aktów prawnych, które miały całkowicie zmienić nasz rynek ubezpieczeniowy; można więc powiedzieć, że współtworzyłem go. W 1991 r. zaproponowano mi powrót do Warty na stanowisko prezesa. Oczywiście wyraziłem zgodę, bowiem było to swego rodzaju zwieńczenie mojej kariery zawodowej - od praktykanta do prezesa.
To jak w redakcji: od gońca po redaktora naczelnego.
- Mniej więcej w tym czasie, kiedy objąłem prezesurę Warty, upadła Westa. Zostałem wówczas dodatkowo prezesem Funduszu Ochrony Ubezpieczeń, poprzednika Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Rolą tego funduszu było udzielenie ochrony osobom ubezpieczonym na wypadek upadłości zakładu ubezpieczeń.
Rozumiem, że do powstania Funduszu Ochrony Ubezpieczeń walnie przyczyniła się upadłość Westy?
Tak było. Uczyliśmy się wówczas wszyscy, w biegu, nie mając - bo skąd? - prawie żadnego doświadczenia w tych sprawach. Przeprowadziliśmy wówczas ogromną operację. Zbudowaliśmy całą administrację tego funduszu, ułożyliśmy procedury postępowania
i rozpoczęliśmy wypłacanie odszkodowań.
Potem na kilka lat przestał Pan zajmować się ubezpieczeniami.
- Tak. Zająłem się czymś zupełnie dla mnie nowym: działalnością samorządową. Cztery lata byłem wiceprezydentem Warszawy. Nie dotrwałem jednak do końca kadencji. Sam zrezygnowałem z tego stanowiska. To nie dla mnie - stwierdziłem i wróciłem do ubezpieczeń.
Związał się Pan z niemieckim towarzystwem ubezpieczeniowym Gerling.
- Propozycja, którą złożył mi Gerling, była dla mnie kolejnym wyzwaniem zawodowym. Miałem od podstaw zbudować struktury Gerling Polska Życie SA. Długo się wahałem, czy objąć to stanowisko, bowiem w całej swojej długiej karierze ubezpieczeniowej nigdy ubezpieczeniami na życie się nie zajmowałem. Jednak postanowiłem w końcu znowu robić coś nowego.
Gerling zajął w Niemczech znaczącą pozycję w ubezpieczeniach kredytowych.
- My w Polsce także już oferujemy ten rodzaj ubezpieczeń i mamy już pierwszych klientów. Te nowe ubezpieczenia chronią kredyt zarówno ze strony kredytobiorcy, jak i ze strony banku. W czym rzecz? Bank, mając nawet najbardziej wiarygodnego klienta, nie ma gwarancji, że będzie on spłacał kredyt tak długo, na ile rat został rozłożony. Nikt nie da przecież gwarancji na odpowiednio długie życie. I tu się pojawia istotna rola zakładu ubezpieczeń, który może zastąpić klienta w banku, ale także zapobiec tragedii materialnej, jaka może się zdarzyć rodzinie w przypadku śmierci kredytobiorcy.
Gerling Życie swoją działalność w Polsce rozpoczął od ubezpieczeń grupowych.
- Tak, zaczęliśmy sprzedawać te polisy od 1997 r., a dzisiaj jesteśmy na piątym miejscu w naszym kraju w tej dziedzinie. Co mnie szczególnie cieszy, to pochlebne opinie o tym produkcie nie tylko ze strony brokerów, ale także kół akademickich.
Co spowodowało, że wasze grupowe ubezpieczenie na życie z funduszem inwestycyjnym jest oceniane tak wysoko?
Oprócz atrakcyjnych rozwiązań, oferta napisana jest prostym, zrozumiałym językiem, w odróżnieniu od wielu OWU pisanych w żargonie prawno-ubezpieczeniowym. Ubezpieczamy grupowo około 400 zakładów pracy, wśród których są firmy średnie
i bardzo duże, jak na przykład PLL LOT.
Chciałbym zwrócić uwagę na dwa problemy, które pojawiają się w ubezpieczeniach grupowych. Oto kilkadziesiąt lat poprzedniego ustroju przyniosły dwa skutki: jeden pozytywny, drugi negatywny. Ten pierwszy to fakt dość powszechnej świadomości ubezpieczeniowej. Pracownicy po prostu przywykli, że firma ubezpiecza ich i ich rodzinę.
A jaka jest konsekwencja negatywna?
- Ubezpieczenie grupowe traktowane jest jako rodzaj pomocy socjalnej, w czasach PRL-u było ono bardziej "ZUS-owskie" niż gospodarcze. "Stare" ubezpieczenia grupowe miały niewiele wspólnego z ideą ubezpieczenia na życie.
Może Pan coś więcej powiedzieć o tej idei?
Idea jest następująca: grupa pracowników, która jest różna ze względu na wiek, płeć, stan rodzinny, za jedną cenę uzyskuje jednakową osłonę dla każdego z jej członków, mimo że
w przypadku indywidualnego potraktowania każdy pracownik powinien mieć różną składkę i inną sumę ubezpieczenia. Dla uatrakcyjnienia oferty zaczęto do niej dodawać różne opcje. Proszę bowiem powiedzieć, cóż wspólnego z istotą ubezpieczenia pracownika na życie ma urodzenie dziecka? Nic. Obecnie coś zaczyna się zmieniać w tej materii. To pracodawcy coraz częściej biorą na siebie obowiązek opłacania składek. A w ich interesie nie jest wykupienie polisy z wypłatą świadczenia w przypadku urodzenia dziecka, bo to dla pracodawcy jest zawsze dodatkowym kosztem (pracownica idzie na urlop, trzeba wypłacać jej pensję, następuje zablokowanie etatu itp.). Pracodawca wykupując polisy grupowe chce zabezpieczyć r o d z i n ę na wypadek śmierci pracownika.
Jaka jest przyszłość przed grupowymi ubezpieczeniami?
- Moim zdaniem, pojawia się nowa szansa ich rozwoju z powodu pewnej luki, która pojawiła się w trzecim filarze na skutek błędnych rozwiązań ustawowych o pracowniczych programach emerytalnych. Ta ustawa ma wiele niedoróbek, ale zasadniczą jej wadą jest biurokratyzacja procesu zakładania i rejestracji PPE. Wszystkie towarzystwa ubezpieczeniowe krytykują zapisy ustawy. Dużą aktywność na tym polu przejawia Polska Izba Ubezpieczeń na czele z jej szefem Jerzym Wysockim.
Coś ten lobbing jest nieskuteczny. Ustawa jest taka, jaka jest...
- I właśnie dlatego w Urzędzie Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi tak mało jest zarejestrowanych pracowniczych programów emerytalnych, a następnych ani widu, ani słychu. My w Gerlingu mamy już doświadczenie w negocjacjach z pracodawcami. Mówią nam na przykład, że chcą u siebie założyć pracowniczy program, ale kiedy zaczynamy objaśniać wszystkie procedury z tym związane, konsekwencje itp., to często zdarza się, że rezygnują z PPE na rzecz ubezpieczenia grupowego. I to jest właśnie ta wielka szansa dla ubezpieczeń grupowych.
UNFE bardzo propaguje PPE, co jakiś czas urządza w urzędzie "Dni otwarte"...
- Może propagować do woli. Bez zmiany ustawy, bez ulg podatkowych dla firm, ta forma będzie martwa.
Od lipca bieżącego roku Pańskie towarzystwo wkroczyło na rynek także z ubezpieczeniem indywidualnym.
- Dynamika sprzedaży "Kaskady" - terminowego ubezpieczenia na życie związanego z funduszem inwestycyjnym - jest bardzo wysoka. Polisa jest atrakcyjna także i z tego powodu, że daje klientowi możliwość dostosowania ubezpieczenia do swoich indywidualnych możliwości i prowadzonego aktualnie stylu życia.
Ma Pan ogromne plany na najbliższe lata. Milion sprzedanych polis w ciągu dziesięciu lat. Czy to jest możliwe na tak zajętym rynku?
- Tak, bowiem w Polsce wkrótce zacznie zachodzić zjawisko, które od dawna istnieje w rozwiniętych krajach zachodnich. Ludzie zamożniejsi, a nawet średnio zarabiający zaczną wykupywać dla siebie i swojej rodziny kolejne polisy: drugą, trzecią, czwartą. Gwarancją tego jest konstrukcja I i II filaru - dla osób o średnim i wysokim standardzie życia przyszła emerytura z tych dwóch filarów nie zapewni poziomu życia, do jakiego przywykli. Dlatego rynek III filaru ma u nas ogromne szanse dynamicznego rozwoju.
Dziękuję za rozmowę.
Początki Gerling Konzern, firmy, która dziś jest jedną z większych grup kapitałowych Europy, sięgają 1904 r., kiedy Robert Gerling założył biuro usług brokerskich. Filozofia uznawana przez Roberta Gerlinga, że najważniejszy jest klient i jego potrzeby, sprawiła, iż liczne przedsiębiorstwa przemysłowe i firmy handlowe zaczęły zawierać porozumienia i upoważniać jego biuro do negocjowania kontraktów z najpoważniejszymi towarzystwami ubezpieczeniowymi. W 1911 r. powstał zakład ubezpieczeń - spółka akcyjna, specjalizująca się w ubezpieczeniach od ognia, a w ślad za nią - przedsiębiorstwo reasekuracyjne. W bardzo krótkim czasie nowa firma: Gerling-Konzern Lebensversicherungs AG, zyskała w Niemczech pozycję lidera w dziedzinie ubezpieczeń przemysłowych. W latach 50. Gerling zaczął zakładać swoje siedziby w innych krajach Europy, później zaś ruszył poza kontynent. Dzisiaj obecny jest na całym świecie, zatrudnia prawie 11 tysięcy pracowników. Znaczącym, bowiem
30-procentowym akcjonariuszem jest Deutsche Bank, resztę udziałów ma w dalszym ciągu rodzina Gerlingów.
SKANDIA ŻYCIE S.A. - SPOSÓB NA OSZCZĘDZANIE
"GAZETA UBEZPIECZENIOWA" 16. 08. 2000
Małgorzata Dygas
|