Marcin Broda
"GAZETA UBEZPIECZENIOWA"
styczeń 2002

PODRÓŻ TYSIĄCA MIL

Zawód broker. Trudny egzamin

Wywiad z Tomaszem Mintoft-Czyżem, prezesem Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Ostatnie egzaminy brokerskie, mimo formalnie nie zmienionego zakresu tematów, są znacznie trudniejsze, niż wcześniej. "Zdawalność" jest bardzo niska. Czy zmiany są realizacją postulatów środowiska brokerów, gdzie wielu uznawało egzaminy za zbyt proste?

Efekty ostatnich sesji egzaminacyjnych faktycznie mogą być interpretowane jako skutek zaostrzenia kryteriów przez Komisję. Z nieformalnych przekazów wiem jednak, że pytania testu pisemnego nie uległy zasadniczej zmianie, choć przyjęto praktykę zmiany kolejności pytań i odpowiedzi w obrębie wieloczłonowych pytań egzaminacyjnych. Fakt dramatycznego spadku liczby pomyślnie zdanych egzaminów nasuwa przypuszczenie, że dotychczas funkcjonowała giełda, a kandydaci mieli dostęp do listy odpowiedzi i stosowali je mechanicznie. Zmiana kolejności pytań ma w takim przypadku rujnujący skutek. Czy to źle? Chyba nie. W końcu ideą egzaminu jest dopuszczenie do zawodu osób, które posiadają faktyczną wiedzę o ubezpieczeniach i o brokerce.

Pytania egzaminacyjne zostały też częściowo zastąpione nowymi; pytania ogólne z historii ubezpieczeń zastąpiono bardziej praktycznymi, które wymagają dla prawidłowości odpowiedzi nie tylko teoretycznej, ale też praktycznej znajomości materii. Zadane przez Pana niedawno pytanie o "Leeway Clause" (red.: w jednym z felietonów w Dzienniku Ubezpieczeniowym) mogłoby służyć jako dobry przykład zmian, których część naszego środowiska oczekuje od autorów pytań egzaminacyjnych. Można naturalnie pytać, czy pomyślnie zdany egzamin jest wystarczającym świadectwem posiadania przez zdającego odpowiedniego zasobu wiedzy teoretycznej i praktycznej, koniecznej dla wykonywania zawodu. Ale - jeżeli nie egzamin, to jaka jest alternatywa?

Jak miało być to rozwiązane w kodeksie ubezpieczeniowym, który przepadł po wecie prezydenta?

W dyskusjach nad projektem ustawy o pośrednictwie ubezpieczeniowym przedstawiciele Stowarzyszenia opowiadali się - przy pozostawieniu dotychczasowych wymagań ustawy - za takimi nowymi wymaganiami, które przyniosłyby w efekcie wyższą estymę społeczną brokerom. Do postulowanych zmian, które znalazły się w tekście przyjętym przez obie izby Parlamentu, należało wprowadzenie dla kandydatów do zawodu brokera wymogu trzyletniego stażu w ubezpieczeniach na merytorycznym stanowisku, oraz ustalenie minimalnego limitu OC zawodowego na poziomie 500 000 euro. Nie został uwzględniony postulat, aby nowo wstępujący do zawodu brokerzy legitymowali się dyplomem ukończenia wyższych studiów (poprawka "przepadła" w Komisji Senatu, przy rozłożeniu głosów 4/4).

Czy zamknięcie dopływu do środowiska nowych twarzy, bo również taki skutek będą miały zmiany egzaminu, lub w ogóle wymagań związanych z uzyskaniem zezwolenia, jest na dłuższą metę korzystne?

Celem postulowanych zmian nie jest oczywiście ograniczenie dostępu do zawodu dla "nowych twarzy", lecz podniesienie rangi zawodu w oczach klientów. W końcu z naszej reputacji żyjemy! Chcemy uchodzić za bardziej światłą i doświadczoną grupę zawodowców wśród całej rzeszy pośredników ubezpieczeniowych. Chętnie porównujemy się do przedstawicieli innych wolnych zawodów : adwokatów, radców prawnych, architektów, lekarzy czy doradców finansowych. Jakie są kryteria dostępu do zawodu w tych grupach?

Czy ta sytuacja nie skomplikuje życia dużym spółkom brokerskim, które rozwijając się muszą przecież rozszerzać swój "brokerski" skład?

Praktykowałem przez wiele lat jako broker ubezpieczeniowy w USA. W odczuciu społecznym pozycja zawodowego brokera z renomowanej firmy była (i nadal jest) wyższa od pozycji zajmowanej przez underwriterów czy przedstawicieli innych grup pracowników ubezpieczeń. Dlaczego? Otóż w tamtym społeczeństwie najwyżej ceni się profesjonalizm, umiejętność i chęć ponoszenia ryzyka, przedsiębiorczość (a także talent i szczęście!).

Nie do pomyślenia w mojej firmie było, aby broker, choćby na najbardziej szeregowym stanowisku - nie legitymował się dyplomem ukończenia wyższych studiów. Naturalnie - na tamtym dojrzałym rynku oczekuje się od kandydata na "account executive", a tym bardziej "account manager", posiadania sprawdzalnego doświadczenia w zawodzie. Podobnie jak u nas, środowisko ubezpieczeniowe jest raczej zamknięte, żeby nie powiedzieć hermetyczne, i liczba nowych pracowników wkraczających do zawodu jest dość skromna.

W firmach brokerskich muszą oni - najczęściej młodzi ludzie po studiach - przechodzić kilkuletni staż. Typowa ścieżka kariery zawiera 2- albo 3-letnią praktykę w departamencie likwidacji szkód, a potem dopiero dalsze terminowanie pod okiem doświadczonego brokera. Stopniowo, zależnie od czynionych postępów i posiadanego talentu (zwłaszcza w sferze komunikacji interpersonalnej), praktykant przeradza się w brokera. Naturalnie - "wartość" na rynku pracy takiej osoby jest znaczna. Nic dziwnego, że osoby, które przeszły taką, przyznajmy - niełatwą drogę, cieszą się szacunkiem nie tylko we własnym środowisku, ale w szerzej pojętym środowisku biznesu - wśród swoich aktualnych i potencjalnych klientów.

Czy powinniśmy postawić raczej na praktykę i terminowanie" pod okiem doświadczonego brokera?

Oczywiście! Ale to jeszcze nie koniec! W większości stanów USA oraz w całej Kanadzie funkcjonuje system "edukacji ciągłej". Z mocy przepisów prawa osoby, posiadające zezwolenia na wykonywanie czynności brokera (licencje) są zobligowane do systematycznego "zaliczania" szkoleń zawodowych, według ustalanych przez Organ Nadzoru Ubezpieczeń schematów. Notabene, taki system był też dyskutowany z naszej inicjatywy podczas posiedzeń komisji sejmowych i senackich - a wcześniej także w Ministerstwie Finansów - uznano jednak, że z braku dostatecznej oferty szkoleniowej, zwłaszcza w mniejszych miastach, obligatoryjne wprowadzenie takiego wymogu byłoby dyskryminujące dla części brokerów.

Program nieobligatoryjnej, ciągłej edukacji został opracowany przez Stowarzyszenie Brokerów - i będzie niedługo wprowadzany w życie. Mamy pełną świadomość, że jest to trudny i powolny proces - ale jest on konieczny dla pozyskania dla przedstawicieli naszej profesji wyższej rangi społecznej. "Podróż tysiąca mil zaczyna się od pierwszego kroku", jak mówi często cytowane przysłowie. Szczegóły opracowanego przez Stowarzyszenie Brokerów programu ciągłej edukacji zostaną wkrótce opublikowane na stronach internetowych Stowarzyszenia.

Wszystko to wygląda wspaniale. Widzę jednak jeden problem : czy wszyscy brokerzy, posiadający obecnie indywidualne zezwolenia, a jest ich już niemal tysiąc! - czy będą w stanie te standardy wypełnić? W którą stronę powinni teraz pójść?

Odpowiedź na to pytanie jest istotnie trudna. Mam pełną świadomość różnic zachodzących między praktyką ucywilizowanych, rozwiniętych rynków usług ubezpieczeniowych, a naszym młodym, bo funkcjonującym zaledwie dziesięć lat rynkiem, który w dodatku musi się pozbyć przyzwyczajeń, wyniesionych z ery gospodarki planowej ( która była również erą monopolu ubezpieczeniowego), zakorzenionych w praktyce zakładów ubezpieczeń i pośredników, a także w świadomości całego społeczeństwa.

Jedna z możliwych odpowiedzi zakłada konsolidację rynku pośrednictwa, a w jej efekcie wzmocnienie finansowe podmiotów, świadczących te usługi. Pozwoli to firmom brokerskim na finansowanie szkoleń. Sądzę, że proces konsolidacji rynku usług pośrednictwa, który rozpoczął się już w połowie lat 90., będzie narastał. Jest to naturalna konsekwencja funkcjonowania rynku.

Wierzę też, że nasz zawód przyciąga ludzi inteligentnych i przedsiębiorczych, mających pełną świadomość złożonej natury naszych działań, faktu, że jest to zawód multi-dyscyplinarny, stawiający osobom w nim pracującym wyższe od przeciętnych wymagania. Ta świadomość popycha ludzi do zdobywania wiedzy. Nie mówiąc już o tym, że jest to racjonalne działanie samozachowawcze.

Dziękuję!

* * *


(Wywiad ukazał się w internetowym Dzienniku Ubezpieczeniowym Premium nr 13 (407). Tytuł pochodzi od redakcji).

Marcin Broda
"GAZETA UBEZPIECZENIOWA"
styczeń 2002