| |
 |
Jan M. Fijor "GAZETA UBEZPIECZENIOWA" nr 43 grudzień 2004
|
KŁOPOTY Z PROWIZJĄ
Dlaczego w prywatnej gospodarce nie ma korupcji ?
I oto mamy do czynienia z kolejną aferą. Tym razem chodzi o "podział" wysokiej prowizji między wrocławską agencję brokerską Jargo, a tzw. naganiacza, który dostarczył jej atrakcyjnego klienta Elektrownię Opole.
Prowizja po polsku ...
Elektrownia w Opolu, jak każdy szanujący się zakład produkcyjny, posiadała polisę ubezpieczeniową "majątkową", która chroniła ją na wypadek pożaru, powodzi czy innego nieszczęścia. Firmą ubezpieczającą elektrownię było PZU. Polisa została sprzedana za pośrednictwem wrocławskiej agencji Jargo. Wysokość składki podaję za PAP- wyniosła 10 mln zł, co gwarantowało firmie brokerskiej prowizję w wysokości 2 mln zł.
Jak na tak wysoką składkę i typ polisy, jest to prowizja bardzo duża, tym bardziej, że wysiłek brokera nie był jakiś imponujący. Powiem więcej, polisa dla elektrowni została sprzedana bez wysiłku, o czym za chwilę. Na razie jednak wszystko jest w porządku. Do transakcji doszło, prowizję naliczył ubezpieczyciel, zaś strona ubezpieczona wyraziła na to zgodę.
Problemy zaczęły się już po wypłaceniu prowizji. Broker, z nieznanych dotąd powodów, podzielił się "komisowym" z tzw. naganiaczem, czyli osobnikiem, który skierował elektrownię do tego konkretnego brokera. Różne źródła różnie podają, ale ów pośrednik miał otrzymać od pół miliona do miliona złotych "znaleźnego". Też dużo. Nie w tym jednak problem. Prokuraturze nie podoba się to, że naganiaczem był mąż dobrze ustosunkowanej działaczki jednej z partii politycznych. Podejrzewa więc, że do transakcji doszło dzięki koneksjom żony. I z tego powodu oskarżyciel zażądał aresztowania dyrektora elektrowni, brokera i naganiacza, zarzucając im zmowę na niekorzyść elektrowni.
Zastanówmy się zatem, czy prokurator ma rację, a jeśli tak, to do jakiego przestępstwa naprawdę w omawianej sytuacji doszło ?
...i po amerykańsku
W wolnym kraju, wolne przedsiębiorstwo może ubezpieczać swój majątek, u kogo chce. Brokerowi wolno korzystać z wyboru źródła, które go skontaktuje z ubezpieczonym (elektrownią). Zatem ani elektrownia, ani broker, z prawnego punktu widzenia w świetle amerykańskiego prawa wykroczenia by nie popełnili. Bez względu na koneksje łączące brokera z ubezpieczonym, w USA przestępstwa by nie stwierdzono.
Do jego popełnienia doszłoby dopiero z chwilą dzielenia się brokera prowizją z naganiaczem. W świetle amerykańskiego prawa o ubezpieczeniach, prowizję może otrzymać wyłącznie osoba licencjonowana. Jeśli naganiacz licencji ubezpieczeniowej nie posiadał, nie wolno mu było jej zarobić. Broker, z chwilą jej wypłacenia, popełniłby przestępstwo, za które co najwyżej zapłaciłby niewysoką grzywnę, tracąc na jakiś czas (najwyżej rok, dwa) prawo wykonywania zawodu. Nie byłoby mowy ani o aresztowaniu, ani tym bardziej o sądzie.
W najgorszym przypadku, wyrok groził naganiaczowi, gdyby ten nie zapłacił podatku od uzyskanej prowizji. Firma ubezpieczeniowa, której transakcja dotyczyła, zerwała by z brokerem umowę na reprezentowanie jej. I na tym sprawa by się zakończyła.
Różnica
Z materiałów udostępnionych mediom wynika, że polskiego prokuratora fakt posiadania (czy nie posiadania) licencji w ogóle nie interesuje. A przecież i w Polsce prawo do regularnej prowizji od sprzedaży ubezpieczeń ma (tak jak i w USA) tylko osoba licencjonowana. Dlaczego tak jest ?
Odmienne traktowanie sprawy w USA i w Polsce wynika ze struktury własności, z jaką w omawianym przypadku mamy do czynienia. Zarówno elektrownie, jak i firmy ubezpieczeniowe są w USA prywatne. Poza ziemią i nielicznymi nieruchomościami, takimi jak drogi, place, niektóre lotniska czy porty, państwo nie jest właścicielem niczego. Jego rola polega na ułatwieniu obrotu gospodarczego podmiotom prywatnym.
Fakt ten ma zasadnicze znaczenie, gdyż prywatna własność implikuje dobrowolność transakcji. Obie strony, w omawianym przypadku ubezpieczyciel i ubezpieczony, wchodzą w transakcję dobrowolnie. Znaczy to, że podejmują decyzje i działają na korzyść swoich właścicieli. Strata czy zysk prywatnej elektrowni jest stratą lub zyskiem osób, podejmujących decyzje na jej rzecz, czyli właścicieli. Takiej zależności w opolskim przypadku nie ma.
Zarówno elektrownia, jak i firma ją ubezpieczająca (PZU) są własnością (w znacznym stopniu ) państwową. Osoby kierujące elektrownią i podejmujące na jej rzecz decyzje, nie ponoszą materialnych konsekwencji swego działania. Dlatego w prywatnej gospodarce nie ma korupcji, a w państwowej jest.
Nie twierdzę, że ubezpieczenie elektrowni opolskiej w PZU przyniosło tej pierwszej szkodę, bo być może, żaden inny ubezpieczyciel nie był w stanie zaoferować składki niższej, niż 10 mln złotych rocznie. Tym bardziej, że zarówno elektrownia, jak i PZU, są w dużym stopniu własnością tego samego podmiotu, to jest skarbu państwa.
Pewne podejrzenia budzić może wysokość prowizji, ale i one jest pewnie legalna. Gdyby jednak elektrownia i ubezpieczyciel były przedsiębiorstwami prywatnymi, kryminogenność ich działania jak to ma miejsce chociażby w USA byłaby znacznie mniejsza.
Areszt, postępowanie prokuratorskie, sądowe, a zwłaszcza będąca ich konsekwencją, paraliżującą postępowanie decydentów groźba utraty wolności, niosą za sobą znaczne koszty społeczne. I to bez względu na to, czy doszło do popełnienia przestępstwa, czy nie.
W gospodarce prywatnej takich problemów nie ma i to jest jeden z powodów, dla których zarówno składki ubezpieczeniowe, jak i prąd elektryczny są tam o wiele tańsze.
* * *

|
|