BUDŻET I POLITYKA W PZU
Adam Sofuł "ASEKURACJA & RE" - lipiec 2001
Wiele wskazuje na to, że proces prywatyzacji PZU S.A. dokończy już następny minister skarbu - a wniosek o odwołanie Aldony Kameli-Sowińskiej stawia pod znakiem zapytania dokończenie tego procesu jeszcze w tym roku.
Oznacza to, że na prywatyzacji ubezpieczeniowego giganta połamało już sobie zęby trzech ministrów - zarówno bowiem w przypadku Emila Wąsacza, jak i Andrzeja Chronowskiego, zastrzeżenia co do sprzedaży PZU były najważniejszymi powodami dymisji.
Wątek prywatyzacji ubezpieczyciela przewijał się także we wniosku o odwołanie minister Sowiskiej. Czyżby największy polski zakład ubezpieczeniowy okazał się aż tak pechowy dla ministrów, czy też sam raczej nie miał szczęścia do kolejnych prywatyzatorów ?
Niewątpliwie prywatyzacji tej (i nie tylko tej) zaszkodziło - i szkodzi nadal - podporządkowanie jej celom budżetowym. Bardzo często okazuje się, że sprzedaż akcji danego przedsiębiorstwa inwestorowi ma nie tyle zwiększyć efektywność firmy (poprzez zmianę sposobu jej zarządzania, dokapitalizowanie itp.) , ale jedynie dostarczyć Skarbowi Państwa wystarczającej ilości pieniędzy do załatania dziury budżetowej.
Wiele wskazuje na to, że tak właśnie było w przypadku PZU - nic nie ujmując Eureko - było ono spośród wszystkich oferentów najmniej znaną i najmniej doświadczoną firmą. Zaoferowało jednak najwyższą cenę, choć - jak się później okazało - udało jej się za nią wynegocjować faktyczną gwarancję kontroli nad gigantem.
Próby przywrócenia klasycznych zależności między władzą w spółce a posiadanymi udziałami spowodowały wielomiesięczny, paraliżujący konflikt właścicielski, który kosztował posadę następnego ministra.
Drugą rzeczą, która zaszkodziła prywatyzacji, była polityka. Sam wybór inwestora w PZU
był spowodowany, zdaje się, nie tylko względami ekonomicznymi - dość wspomnieć, że głośno było o specyficznym podziale politycznym. Unijna część istniejącej jeszcze wówczas koalicji opowiadała się za francuską AXA, politycy wywodzący się z AWS stawiali na Eureko.
Niestety, fatum polityki i łatania dziur budżetowych nadal ciąży nad polską prywatyzacją - przyspieszenie przygotowań do pierwszej publicznej emisji akcji PZU świadczy o tym dobitnie. To prawda, że umowa prywatyzacyjna między Skarbem Państwa i Eureko przewidywała, że wejście ubezpieczeniowego giganta na giełdę nastąpi w 2001 roku.
Prawdą jest jednak i to, że między podpisaniem umowy prywatyzacyjnej do ostatnich dni maja praktycznie zrobiono bardzo niewiele, aby spółkę do tego przygotować. Warto też przypomnieć, że jeszcze kilka tygodni temu pani minister przyznawała, że publiczna oferta akcji PZU w tym roku jest nierealna.
Co więc się stało w ciągu tych niewielu dni, że obecnie mówi się o wejściu spółki jesienią na giełdę, a minister skarbu jeździ po świecie budując książkę zamówień ?
Odpowiedź jest prosta : budżet i polityka.
Z jednej strony rosnąca dziura budżetowa skłania rząd do poszukiwanie, niemal za wszelką cenę, źródeł dochodów budżetowych. Z drugiej, ustępująca formacja chce najwyraźniej postawić swoich następców przed faktami dokonanymi i pozbawić następny rząd wpływu
na obsadzenie stanowiska prezesa PZU (a także kilku innych, kluczowych spółek).
Inna sprawa, że nie wiadomo, czy następny rząd nie będzie zwlekał z wejściem na giełdę największego polskiego ubezpieczyciela.
Oczywiście należy przyznać rację, że im szybciej stanie się prywatna, tym lepiej. Jednak w przypadku PZU należałoby dmuchać na zimne. Poprzednia umowa prywatyzacyjna, chociaż przygotowywana w dużo mniejszym pośpiechu, stała się źródłem wielomiesięcznego konfliktu, przez który największa polska firma ubezpieczeniowa straciła rok.
Niby nie doszło w tym czasie do żadnej katastrofy, jednak niewiele przez ten czas zrobiono, by zreformować giganta. Tymczasem konkurencja w tym czasie nie próżnowała. Trudno sobie nawet wyobrazić, jakie zamieszanie mogłyby wprowadzić błędy przy przygotowywaniu spółki do giełdowego debiutu.
Najgorsze jest zaś to, że dobrego wyjścia w takiej sytuacji nie ma. Jeżeli miałyby się sprawdzić przewidywania pesymistów, że następny rząd będzie spowalniał prywatyzację,
to oczywiście przyspieszenie tego procesu byłoby godne pochwały.
Z drugiej jednak strony, potencjalne błędy niosą ze sobą zbyt duże zagrożenie. Trudno więc orzec, czy Aldona Kamela-Sowińska była dobrym ministrem skarbu i czy zasługiwała na odwołanie. Pewne jest jedno - nie udało jej się wyjść z zaklętego kręgu polityki i presji
na osiąganie jak największych wpływów budżetowych. To poważny zarzut, ale trzeba przypomnieć, że w większym lub mniejszym stopniu dotyczy on wszystkich jej poprzedników.
Pewne jest natomiast, że jej odwołanie opóźniłoby dokończenie prywatyzacji PZU, a jej ewentualny następca niemal na pewno nie zdążyłby dokończyć tego procesu przed wyborami.
Minister skarbu, wywodzący się z innej formacji, zechce zapewne najpierw zapoznać się ze wszystkimi dokumentami, zanim podejmie jakąkolwiek decyzję - co skądinąd zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę chaos, jaki panował we władzach grupy PZU przez ostatni rok.
Nie wiadomo też, jak oceni obietnicę skierowania kolejnego pakietu 21 procent akcji do konsorcjum Eureko i BIG BG, co oznacza przejęcie przezeń większościowego pakietu.
Być może czekają nas kolejne, wielomiesięczne renegocjacje, tym razem już nie umowy prywatyzacyjnej, lecz aneksu. Można już dziś zaryzykować twierdzenie, że prywatyzacja, która dla wielu innych spółek była jeśli nie ratunkiem, to szansą na rozwój - dla grupy PZU okazała się pechowa. I nie stanowi żadnego pocieszenia fakt, że dla kolejnych ministrów skarbu także.

|